Spis treści

  Taka jest sława poety

z Pawłem Marcinkiewiczem, laureatem nagrody Czesława Miłosza rozmawia Beata Zaremba :
  • Na początek dwa pytania. Czym dla ciebie jest nagroda przyznana przez Czesława Miłosza i czy można mówić o karierze w przypadku twórczości artystycznej, zwłaszcza tak osobistej i ulotnej jak pisanie wierszy?
  • Nie mogę powiedzieć, żebym o karierze literackiej w ogóle nie myślał. Wkładam niejaki wysiłek w to, żeby mój głos był słyszalny w medialnym zgiełku, co chyba nie jest naganne. Na przykład wysyłam wiersze do pism literackich. Pisanie to dość kosztowne hobby i cieszy mnie, gdy otrzymuję za nie jakąś gratyfikację. Dla mojej ostatniej książki ,Tivoli" starałem się znaleźć solidnego wydawcę, który zapewni dobrą dystrybucję, umożliwi mi zaistnienie na paru festiwalach literackich. Wydawcę, po którego książkę mógłby sięgnąć Czesław Miłosz. Gdybym nie wydawał w ,Znaku", ale w ,Zielonej Sowie", to przypuszczam, że Miłosz nie wiedziałby o moim istnieniu...

  • Czy jako poeta, który zdecydował się nie pisać do szuflady, nie boisz się porażek?
  • Porażek? Gdybym miał wydać słabą książkę, to bym jej po prostu nie wydał. Nie jestem w żaden sposób zmuszony do wydawania, nie żyję z pisania wierszy. Gdyby pisanie przestało mnie bawić, to przestałbym pisać.

  • Ale miło jest, gdy ma się takich czytelników jak Czesław Miłosz.
  • A tak.

  • W samym Opolu poetów młodego pokolenia jest dość sporo. Czy tworzycie jakąś nieformalną grupę?
  • Na pewno nie. Znamy się, przyjaźnimy, ale, by tak rzec, osobno.

  • Łączy was sława...
  • Czy ja wiem? Wyrażenie ,sławny poeta" brzmi jak oksymoron. No bo w końcu ilu ludzi czyta poezję? Zdaniem Wisławy Szymborskiej dwie osoby na tysiąc. Jest taki zabawny wiersz, nie mogę sobie przypomnieć autora... Brzmi mniej więcej tak: ,Słyszałem, że czyta mnie ktoś w Salonikach i ktoś na wyspach Bahama. To już dwóch". Taka jest sława poety.

  • Niemniej jednak rozdziela się nagrody literackie, które przynoszą sławę.
  • To już zupełnie inna sprawa.

  • Ale jak się okazuje, bardzo w środowisku literackim ekscytująca. Podobno kilka lat temu, gdy przyznawano nagrodę literacką im. Kościelskich, na kilka dni przed ogłoszeniem werdyktu jury postawiłeś znajomym piwo, będąc pewnym, że to ty ją otrzymasz.
  • (Śmieje się) To niezupełnie prawda. Ale rzeczywiście dotarł do mnie przeciek, że to ja mam być laureatem. I chyba dobrze się w sumie stało, że nim nie zostałem... Z przyznawaniem corocznych nagród wiąże się ciekawy mechanizm manipulacji czytelnikami. Przeciętnie zorientowany w życiu literackim bywalec księgarń wierzy, że Matka odchodzi Różewicza, laureatka Nike 2000, to znakomita książka. Mam wrażenie, że najlepsze książki ubiegłego roku do tej nagrody nie zostały nawet wytypowane. Weźmy Piosenkę pasterską Piotra Sommera albo Konwój. Operę Andrzeja Sosnowskiego, pozycje ważne, ambitne, wyznaczające nowe horyzonty. Wszystko się wyjaśnia, kiedy spojrzymy na ich wydawców: w przypadku książki Sommera jest to Fort Legnica, w przypadku Andrzeja Sosnowskiego Pomona, właściwie jednoosobowe firemki, których na dodatek, w odróżnieniu od Lampy i Iskry Bożej, nie lubią chłopaki z ,Wyborczej". Wniosek jest prosty: ci autorzy, których wydawcy nie są w stanie stworzyć lobbingu, nie mają szans na żadne nagrody. Dlatego nagrody trzeba traktować z dystansem, nie warto się nimi przejmować. Jeśli dziabnięty Adam Michnik, bełkoczący: ,Bę-bę-bę-dzie go-go-go-rzała", (a tak zakończył swoje oficjalne przemówienie w 1997 roku, kiedy Nike odbierał Wiesław Myśliwski) miałby być ukoronowaniem mojej kariery - dziękuję bardzo, zajmę się filatelistyką.

  • Wpadł mi w ręce twój wczesny tomik poetycki, wydany na ksero, z zabawną dedykacją: ,Anecie i Jackowi Podsiadle, no bo ostatecznie kogo jeszcze kocham". Tak źle z tobą, Pawle?
  • Czy aż tak dramatycznie brzmi ta dedykacja? (śmieje się) Z pewnością jest bardzo wybiórcza, wymieniłem najważniejsze dla siebie osoby, osoby, które mnie inspirowały, czyli swoją obecną żonę i przyjaciela-poetę, który zawsze imponował mi tym, że pisał wiersze z dużymi literami, kropkami i przecinkami, a w pewnym momencie pchnął mnie na zupełnie inne tory. Pomógł mi także w literackim starcie mój szkolny kolega Piotr Gociek, ważny był również Marian Stala, profesor UJ, dziennikarz ,Tygodnika Powszechnego". Dzięki tym osobom mogłem oznajmić światu, że jestem poetą. Bo bycie poetą jest właściwie rzeczą wstydliwą. Poeta, jeśli sięgnąć do historii literatury, kojarzy się z wariatem, kimś nawiedzonym, szalonym, słabowitym itp.



Paweł Marcinkiewicz (z lewej) z Czesławem Miłoszem .

  • Na szczęście jesteś także nauczycielem akademickim.
  • Tak i właśnie jako nauczyciel akademicki przedstawiam się nieznajomym. To budzi szacunek. O, nawet ty kiwnęłaś głową, czyli działa (śmieje się).

  • No dobrze. Czy dostrzegasz sprzeczność między swoją poetycką naturą a pełnioną na Uniwersytecie Opolskim funkcją?
  • Nie. Ale to, że jestem poetą, nie czyni ze mnie lepszego nauczyciela. Między dwoma moimi profesjami nie ma więc jakiegoś ścisłego związku. Choć cieszę się, że nie pracuję w biurze, na poczcie czy w jakiejś firmie, dzięki temu mam dużo czasu, spotykam młodych, sympatycznych, inteligentnych ludzi. Inna sprawa, że idea uniwersytetu przeżywa swojego rodzaju kryzys. Wydaje mi się, że konieczna jest w zakładach i katedrach merytoryczna dyskusja o tym, czym ma być uniwersytet w dwudziestym pierwszym wieku. Czym będzie humanistyka, gdy za parę lat wszystkie teksty literackie i opracowania krytycznoliterackie, i w ogóle wszystkie teksty będą dostępne w Internecie? Studentom będzie potrzebna nie tyle wiedza, co umiejętność posługiwania się nią. I myśląc o studentach pierwszego roku anglistyki zadaję sobie pytanie, jak dadzą sobie radę na rynku pracy w roku 2005, kiedy Polska będzie już członkiem Unii Europejskiej. Nawet biegła znajomość angielskiego to będzie bardzo mało. Należałoby się głęboko zastanowić nad programem studiów. Skoordynować nauczanie pokrewnych przedmiotów. Ja sam uczę pisania i przekładu. Niestety, program moich zajęć ma niewiele wspólnego z tym, co robią studenci na zajęciach z literatury. To znaczy, sam staram się wypytywać kolegów, co przerabiają ze studentami i jakoś dopasowuję swój materiał, ale tak naprawdę wśród wykładowców ,każdy sobie rzepkę skrobie". I tak jest na każdym kierunku. Brak wizji, tej najistotniejszej, wizji pracy nauczycieli akademickich...

  • Czesław Miłosz w swoim uzasadnieniu do przyznania tobie nagrody napisał, że jesteś poetą, który sukcesywnie się rozwija. Czy wracasz czasami do swoich pierwszych wierszy?
  • Staram się ich nie czytać, bo się w nich nie odnajduję, wydaje mi się, że napisał je ktoś inny, jestem wręcz nimi zażenowany.

  • Pochodzisz z Opola, dużo o Opolu w twoich wierszach. Jesteś z tym miastem związany jakoś szczególnie?
  • Chyba tak. Choć zawsze bardzo chciałem stąd wyjechać. W 1990 zacząłem studiować we Wrocławiu. Po studiach parę lat z krótkimi przerwami nie było mnie w Polsce. I ostatnio znowu wróciłem do Opola. I chyba ugrzęzłem w nim na dobre, choć nigdy nic nie wiadomo... Tak, Opole - miasto mojej codziennej udręki. Prowincja w najlepszym tego słowa znaczeniu. Drohobycz Ziem Wycyckanych. Dwa kina, teatr, o dwunastej hejnał z ratusza, od którego włosy stają dęba na głowie, knajpa ,John Bull", gdzie podaje się ciepłe piwo ,Lech" w szklankach ,EB". No i hipermarket ,Real", perła ZWM-u. Tyle atrakcji. Wyjechać stąd? Ale dokąd...
    • Do góry


      Design & DB Interface Witold Rugowski
      (c) 2001