Wystąpienie Adama Hanuszkiewicza na uroczystości nadania DHC


Potrzebuję akceptacji

Tuż po uroczystości doktor honoris causa Uniwersytetu Opolskiego Adam Hanuszkiewicz został oblężony przez dziennikarzy. Oto efekt tej zaimprowizowanej konferencji prasowej.


  • Czy Pan, twórca teatru polskiego, odkrył sposób na to, jak sprawić, aby teatr się nie zinstytucjonalizował? Jak nie popaść w rutynę? Czy to kwestia buntu?
  • To nie jest kwestia buntu. Chodzi o to, żeby robić żywe przedstawienia. Żeby nie osiąść na laurach i nie kopiować samego siebie. Za każdym razem trzeba zaczynać od nowa, trzeba mieć świadomość, że jest się nikim, że się nic nie umie, że się po raz pierwszy w życiu robi przedstawienie. Jedna z debiutujących aktorek - było to w Niemczech, reżyserowałem tam sztukę - rozstając się z moim teatrem, poprosiła mnie o wskazówkę: "Co mam zapamiętać na całe życie?" Powiedziałem jej: "Za każdym razem, gdy wyjdziesz na scenę, masz mieć poczucie, że grasz po raz pierwszy, że nic nie umiesz". Jak się okazało, zupełnie podobne przesłanie przekazał jej ojciec - pułkownik lotnictwa, którego dowódca zawsze powtarzał swoim podwładnym przed lotem: "Pamiętajcie, każdy wasz lot jest pierwszy. Jeśli polecicie choć raz z przeświadczeniem, że już wszystko umiecie, zabijecie się". Rutyna usypia, osłabia, zabija.

  • Czy w życiu również unika Pan rutyny?
  • W moim życiu decydują moje żony. Bo to przecież kobiety nas, mężczyzn wybierają, a nie odwrotnie. Ja się do tego przyznaję, w przeciwieństwie do innych mężczyzn. I to jest dobrze, że tak jest - bo kobiety mają silniejszy instynkt, większą wrażliwość na feremony... Nie śmiejcie się, przecież my ciągle jesteśmy ssakami! Cywilizacja jest antynaturalna. To kobiety są bardziej związane z materią, bo one rodzą dzieci, muszą więc zapewnić im gniazdo... I dlatego naprawdę nie mam nic przeciwko temu, że kobiety biegają za materią, za facetami z forsą - one po prostu zabezpieczają swoje gniazdo. Moje kolejne, małżeńskie gniazda były także i artystyczną inspiracją.

  • Marta Fik powiedziała o Panu, że prezentuje Pan "myślenie licealisty". Czy tak się Pan czuje?
  • Tak, niestety, to bardzo miła osoba, tylko że zacietrzewiona marksistka. Ona zawsze twierdziła, że to, co ja robię, jest niesłuszne. A Dejmek - robi słuszne. Tylko że nikt nie chciał jego teatru oglądać... Biedna dziewczyna.

  • Pana dokonania w dziedzinie teatru są bezsporne. Tymczasem dziś dużo mówił Pan o swojej samotności. Czy Pan potrzebuje akceptacji?
  • Tak. To jest moja słabość. Nie wszyscy akceptacji potrzebują, bo ludzie - ja nie wiem, czy pyszni, ale gdzieś tak koło pychy - tym na pewno jest ona niepotrzebna. Może geniusze WIEDZĄ na pewno... Ja muszę czuć, że mnie akceptują. Może to jakaś ułomność genetyczna, nie wiem... Ja się przejmuję na przykład złymi recenzjami. Potem mi to przechodzi, na drugi dzień mogę z takim krytykiem kawę pić. Kiedyś, na jednym ze spotkań, wstał pewien profesor i mówi do mnie: "Panie Adamie, przyszło tu tysiąc ludzi w panu zakochanych, ja się bałem, żeby się panu we łbie nie przewróciło, a pan tu się jakimś idiotą przejmuje... Co on pana obchodzi, i co nas obchodzi?!" I miał ten człowiek rację. Tylko że to jest tak: wychodzisz z domu, bierzesz do ręki gazetę i dostajesz w łeb! Czytasz na przykład: "gdyby losy Polski potoczyły się tak, jak to Hanuszkiewicz przedstawił w ?Kordianie=, to by nie było teatru narodowego, a Hanuszkiewicz nie mówiłby po polsku". A co ja takiego zrobiłem: pokazałem tragiczny konflikt, pokazałem, że nie tylko Kordian miał rację...

  • Ale historia przecież Panu przyznała rację. Bo jak się ogląda współczesne inscenizacje klasyki...
  • Tylko że jak ja waliłem stary teatr, to mnie walili po łbie! A ich chwalą - i to ci, co mojego teatru nie widzieli - przypisując im "nowatorskie spojrzenie".

  • Co Pan sądzi o "nowatorskim" programie TVN "Big Brother"?
  • To samo, co i wy. To jest chamstwo. To straszne, nawet Orwell tak się nie sprawdził - w PRL-u to w ogóle nie, nawet za komunizmu wojennego... To jest deprecjacja człowieka. Jak Boga kocham, jak jestem przeciwko cenzurze, tak bym zabronił emitowania tego programu. Nie można ulegać presji: "bo ludzie chcą to oglądać". A jak zechcą zobaczyć na żywo, jak jeden drugiego morduje, to będziemy specjalnie dla telewidzów mordować? To nieprawda, że większość ma rację! Prawie nigdy nie ma racji - tak było i za Hitlera, i za Stalina... Racja zwykle jest po stronie mniejszości, tej milczącej mniejszości.

  • Mówił Pan o telewizji, a jak się dziś miewa teatr?
  • Też ma się kiepsko. Teatr utracił komfort wynikający z dawnej sytuacji politycznej, kiedy był tylko teatr i koniec. Bo w telewizji były tylko dwa programy, bo nie można było jeździć za granicę, bo nie było możliwości zarabiania pieniędzy... Był teatr - spotkanie ludzi inteligentnych, wrażliwych. Teraz cała nasza widownia poszła w kariery, robi pieniądze. A młodzi ludzie, dzięki internetowi, w ciągu dwóch godzin są w stanie zobaczyć cały świat. Po co im teatr - zwłaszcza taki, w którym po odsiedzeniu dwóch godzin usłyszą, że "ojczyznę trzeba kochać"? Takie teatry są skazane na wymarcie. I same sobie są winne, bo nie szukają nowych środków przekazu. Przy realizacji tej sztuki o Chopinie, z którą przyjechaliśmy do Opola, sięgnąłem po prawdziwe listy, dokumenty, na scenę wprowadziłem prawdziwego pianistę - tego nigdy w teatrze nie było... Przy okazji pokazałem, że gejostwo nie jest żadnym zboczeniem, to przesłanie też przy okazji po cichu sprzedaję...

  • Żaden z dotychczasowych doktorów honoris causa Uniwersytetu Opolskiego nie wygłosił tak osobistej mowy, jak Pan...
  • Kiedyś marzyłem o tym, żeby dostać doktorat honoris causa... Ale nie dostałem. I nagle przyszło to do mnie z Opola. Ja wiem, że to Lwów się o mnie upomniał, moje miasto. Bo gdyby Nicieja nie pojechał do Lwowa, nie zakochał się w tym mieście tak mocno, że stał się lwowianinem... Bo to było MIASTO! Sześć katedr, sześć religii, a wszystkie żyły ze sobą w zgodzie. Nadzwyczajne miasto, świetni ludzie. W encyklopedii z trzydziestego ósmego roku na dwieście wymienionych osób, które stanowiły o potędze II Rzeczpospolitej, aż sto pięćdziesiąt pochodziło ze Lwowa. Wilno, Lwów, Kraków, Poznań - kultura polska, jak w tym obwarzanku Piłsudskiego, taki właśnie miała kształt. Warszawa tylko te osiągnięcia sprzedawała na zewnątrz. Sama była jedynie autorem nieudanych powstań, to wszystko.

Pytały i notowały: Barbara Stankiewicz i Beata Zaremba Zdjęcie: Tadeusz Parcej



Wśród wielu telegramów gratulacyjnych, jakie otrzymał Adam Hanuszkiewicz w związku z nadaniem mu godności doktora honoris causa Uniwersytetu Opolskiego, był i telegram od Jerzego Janickiego, następującej treści:

"Dla społeczności lwowskiej, dziś w diasporze, nie mogło być większej satysfakcji od tej, jaką jest nadanie Adamowi Hanuszkiewiczowi tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Opolskiego. Wszak Lwów, miasto - jak pisał Hemar - talentów i błyskawic, zawsze był kolebką wielkich ludzi teatru. To tu się narodził i Papkin, i pani Dulska, i Cześnik z Rejentem, to stamtąd i Heller z Siemaszkową, Feldman, Zapolska... Adasiu, jesteś jednym z nich, więcej - masz nad nimi tę przewagę, że do żadnego z nich nie mówiono: 'panie doktorze'. A my od dziś do Ciebie mówimy po lwowsku: Pani doktorze, Adaśku, daj Ci Boże zdrowia, a Matka Boska pieniędzy. Jerzy Janicki."
Do góry


Design & DB Interface Witold Rugowski
(c) 2001