indeks.jpg navi.jpg


Kronika Uniwersytecka

Posiedzenie Senatu UO

Nowy statut UO

Nominacje profesorskie

Wywiad - Wojciech Dindorf

Meble w Collegiu Maius

Platynowy laur dla prof. Stanisława S. Nicieji

Collegium Minus w neogotyku

W drodze jesteśmy od zawsze i na zawsze

Historiografia polska, litewska i białoruska po 1989 roku


Post scriptum do dyskusji sprzed 29 lat
  Sztukmistrz ze Lwowa

Z Wojciechem Dindorfem, pedagogiem, autorem podręczników do fizyki, rozmawia Barbara Stankiewicz

- Od tej przypomnianej przez nas dyskusji minęło 29 lat. Ciekawi mnie, jak się potoczyły pana dalsze losy. Ale najpierw zapytam o pana związki z opolską WSP...

- Moje związki? Proszę pani, ja jestem związany z WSP rodzinnie od chwili jej powstania we Wrocławiu w 1950 roku! Mój brat był wśród kilkunastu pierwszych studentów matematyki. Ja byłem pierwszym magistrem fizyki tej uczelni - mam na myśli opolską WSP, już po przeniesieniu uczelni z Wrocławia, co nastąpiło w roku 1954, a co było - moim zdaniem - najlepszą decyzją PZPR! Cztery wydziały wtedy były, po 25 osób na roku, ale ile się wtedy działo! Działał na przykład Studencki Zespół Satyryczny “Wskazując Palcem!”, którego szefem byłem przez dwa lata. Pomagał mi dzielnie Ignacy Stępniowski. Sami pisaliśmy teksty monologów, ballad i piosenek, komponowali i aranżowali muzykę, wymyślali pantomimy - Stępniowski był nieprawdopodobnie w tej dziedzinie (zresztą nie tylko w tej) utalentowany. Organizowaliśmy konkursy na teksty. W jednym z nich daliśmy nagrodę, pamiętam - żelazko i szczoteczkę do zębów, Zbigniewowi Żakiewiczowi - dziś znanemu polskiemu prozaikowi, który studiował na rusycystyce. Romualda Aleksandrowicz  - przepiękny sopran (pewnie po latach odziedziczony przez naszą wnuczkę Zosię, opolankę z Kanady, która śpiewała papieżowi w Toronto i będzie w kwietniu śpiewać w Kaplicy Sykstyńskiej)! - wraz z Bogusią Chruściel i Haliną Kupczyk (absolutny słuch!), tworzyły Trio Rusycystek. Jak one śpiewały! Radio “Opole” i Radio “Wrocław” powinny mieć archiwalne nagrania takich romantycznych piosenek, jak: W żyzni oczeń czasto tak słuczajetsa (o miłości) czy: Stawały snopy w rzędach - o zaangażowaniu polityczno-społecznym! Był też kwartet męski, międzywydziałowy, śpiewał w nim nieżyjący już polonista Henryk Wopiński - bas, dyrygent chóru uczelnianego. Bo był i chór, i zespół taneczny, w którym tańczył nieżyjący już Kazik Sochacki - też z mojego roku, wieloletni dyrektor administracyjny uczelni, wielki tenor w moim kwartecie... Był zespół mandolinistów, a w nim Tadeusz Sawicki, matematyk, jeszcze do niedawna z uniwersytetem związany.. To były bardzo dziwne czasy, lata pięćdziesiąte. Jednym z hitów naszego kabaretu był na przykład numer, podczas którego widzowie płakali ze śmiechu, gdy Ignacy Stępniowski, późniejszy dyrektor IKN-u w Warszawie, odczytywał - jako stary profesor - autentyczne, ŚCIŚLE TAJNE dokumenty, przeznaczone do użytku wewnętrznego. Mimo tej ścisłej tajności, udało nam się je zdobyć dzięki dobrym układom z sekretariatem administracji WSP. Dokumentu nie trzeba było przerabiać. Był sam w sobie tak śmieszny, że w całości posłużył jako naukowy referat o biurokracji. Pamiętam, że zaczynał się od definicji AKT: Każde pismo wpływające do szkoły względnie sporządzone przez szkołę jest aktem. Potem była SPRAWA, TECZKA SPRAW, ZNAK SPRAWY itd. Okazało się, że wyśmiewanie tych ściśle zdefiniowanych terminów w ściśle tajnych dokumentach było aktem antypaństwowym, politycznym, godnym surowego potępienia i o mało co nie doprowadziło nas do widocznego przez okna rektoratu więzienia. Pamiętam, urządzono wielkie zebranie, stary profesor Jan Wesołowski, na którego naciski musiały być bardzo mocne, głaskał swoją długą brodę i mówił, wyraźnie bez przekonania, że po wnikliwym śledztwie ... po nitce do kłębka... że kabaret jest siedliskiem zła, a że całe szefostwo i większość wykonawców jest z drugiego roku fizyki, więc on z urzędu musi to potępić... Szefem Zrzeszenia Studentów Polskich był Antek Konarzewski – też z naszego roku – mieliśmy więc pełne wsparcie ze strony oficjalnej organizacji. Słowem - mieliśmy, jako kabaret, wielkie wzięcie, tym bardziej, że były to czasy bez telewizji, więc przejęliśmy na siebie działalność rozrywkową, mimo że trzeba też było od czasu do czasu przyłożyć się do studiowania niełatwej fizyki.

- ... która już wtedy była pana pasją?

- Otóż nie. Zanim zacząłem studiować fizykę, byłem studentem I roku matematyki we Wrocławiu. A to tylko dlatego, że byłem laureatem olimpiady matematycznej, choć matematyki nigdy jako uczeń nie lubiłem i zawsze balansowałem między dwóją a minus dostatecznym. Krótko te studia trwały, bo nie ukończyłem nawet pierwszego roku, z przyczyn prozaicznych: mieszkałem wtedy w Legnicy (tu trafiliśmy jako repatrianci ze Lwowa), do Wrocławia dojeżdżałem pociągiem - wyjazd o piątej rano, powrót o godzinie 24, kolacja na wrocławskim dworcu: sztukamięs w sosie chrzanowym... Nie wytrzymałem tego, udało mi się zaliczyć tylko jeden przedmiot w pierwszym semestrze - astronomię u profesora Rybki. Ale - znowu pozaprogramowo - odniosłem sukces, prezentując w kole matematycznym referat o geometriach nieeuklidesowych - w obecności prof. Steinhausa i prof. Słupeckiego. Dziesięć lat później przypomniał mi o tym epizodzie prof. Słupecki, rektor WSP, który wytypował mnie na stypendium do USA. Ale najpierw, jako 20-latek, podjąłem pracę nauczyciela (profesora!) matematyki w Liceum nr 2 w Legnicy (wtedy XI-latka TPD). Dyrektor - były marynarz, nauczyciele po kursach pedagogicznych, pewnie żaden nie miał studiów. Niektórzy uczniowie - niekiedy starsi ode mnie - przychodzili na lekcje w mundurach wojskowych, siedem lat dopiero minęło od zakończenia wojny. Uczyłem ich matematyki, fizyki, astronomii i logiki - a w jednej klasie, chyba drugiej podstawowej, miałem lekcje śpiewu. Zostałem (20-letni!) wychowawcą dziesiątej klasy. Podczas wakacji ze swoją klasę objechałem Polskę na rowerach. Wystąpiłem z uczniami w wystawianej przez szkołę “sztuce” według “Poematu pedagogicznego” Makarenki. Byłem dyrygentem chóru szkolnego (My nowa siła i my nowy duch) i drugim organistą w kościele św. Piotra i Pawła. Po dwóch latach, kiedy moi uczniowie, którzy u mnie zdawali maturę z matematyki i z fizyki, szli na studia, doszedłem do wniosku, że i na mnie pora: postanowiłem zdawać na fizykę. Dopiero nauczanie uświadomiło mi, jakie mam w tej dziedzinie braki. Mojemu wspaniałemu fizykowi, profesorowi Mrozowskiemu (studiował przed rewolucją w Petersburgu), udało się zaszczepić we mnie sympatię do tego przedmiotu. I teraz chcę powiedzieć coś bardzo ważnego: to prawda, że nauczyciel musi dysponować określoną wiedzą, to jest bezdyskusyjne, równie ważne jednak jest inne kryterium: nauczyciel musi być lubiany przez uczniów. Najlepiej byłoby, gdyby w szkołach uczyli sympatyczni i przystojni mężczyźni, piękne i inteligentne kobiety - mówię o tym zupełnie poważnie. Ale najważniejszym z najważniejszych jest to, by uczniowie wiedzieli, że są lubiani. Historyczka mnie nienawidziła – i vice versa, więc jak ja mogłem czegokolwiek nauczyć się z historii?

 - Fizykę zaczął pan studiować na WSP we Wrocławiu...

 - We wrześniu roku 1953, kiedy Wyższa Szkoła Pedagogiczna wydała pierwszych absolwentów trzyletnich studiów. Na rok przed przenosinami WSP do Opola. W tym roku skończyli WSP jej późniejsi pracownicy naukowi: Mieczysław Piróg, Ignacy Bójko - fizycy, Antoni Dindorf - mój brat matematyk, Feliks Dobrzyński - polonista... Brałem udział w przenosinach szkoły do Opola. Jako student czwartego roku otrzymałem stanowisko asystenta, Stępniowski też. Wśród studentów, z którymi miałem zajęcia, był m.in. obecny rektor UO Józef Musielok. Ja już wtedy wiedziałem, że naukowiec to ze mnie nigdy nie będzie. Widziałem siebie tylko w szkole. W 1962 roku wyjechałem na siedmiomiesięczne stypendium do Stanów. Potem na kilka miesięcy do Moskwy. Miałem szczęście. Kiedy pakowałem się do powtórnego wyjazdu na wschód, by zająć się zastosowaniem cybernetyki w nauczaniu, w 1966 roku, przez czysty przypadek, ponownie znalazłem się w Stanach. Tym razem z rodziną. Mój pobyt - w Nowym Jorku - trwał 6 lat. Pracowałem jako nauczyciel fizyki w liceum Organizacji Narodów Zjednoczonych - dla dzieci dyplomatów-globtrotterów.

 - Elitarna szkoła dla elitarnych dzieci - trafiła się panu niezła synekura...

 - Synekura? Synekura to płatne stanowisko nie wymagające żadnej pracy. Proszę pani, ja przez ponad ćwierć wieku - bo po ośmioletniej przerwie w Opolu (WSP/WSI) wiele lat w Austrii - uczyłem “nienauczalnych”! Dzieci dyplomatów, które bez przerwy zmieniały szkoły, bo rodziców przenoszono na kolejne placówki, dzieci, które fizykę zaczynały od zera. A ja miałem świadomość, że te dzieciaki za dwa lata będą zdawać maturę, i to międzynarodową, więc muszę zrobić wszystko, żeby ich swoich przedmiotem zainteresować. Ale i szkoła była inna: tam żaden inspektor nie siedział mi na karku, nie sprawdzał konspektów, nie narzucał swoich pomysłów, nie pytał dlaczego inny temat zapisałem w dzienniku, a o czym innym mówię na lekcji. Tam było tylu inspektorów, ile dzieci. Nieraz jak się rozgadałem i zboczyłem z tematu, uczeń potrafił mi powiedzieć: Mister Dindorf, a może by tak wrócić do tematu? Synekura? Nieprawdopodobna harówa. Każdy uczeń miał prawo do mojego czasu między lekcjami. I z tego prawa korzystali. Woleli z “mistrzem” porozmawiać, niż potem w domu rozgryzać problemy. Na WSP czy potem na WSI jako wykładowca miałem 8 godzin wykładów tygodniowo. Chętnie bym wziął wtedy 32, za poczwórną pensję. Tam miałem 28 - 30 godzin. Dzieci też były tam inne. Pamiętam na przykład moje pierwsze dni w nowojorskiej szkole ONZ - to był szok. Jeden leży na podłodze, bo taką ma ochotę, drugi łazi po klasie, bo szuka chusteczki do nosa. A mimo to i jeden, i drugi wie, o czym mówię. Miałem powody do satysfakcji, bo potrafiłem – ucząc też w niższych klasach - doprowadzić do tego, że około 40 procent moich uczniów – w każdym roczniku – wybierało wyższą fizykę na maturze. Ale te dzieci nie wahały się na przykład po lekcji powiedzieć: Dobrze ci ta lekcja wyszła! Kiedy dzisiaj idę na spotkanie z młodzieżą do polskiej szkoły, jako autor podręczników do fizyki, i opowiadam im przez dwadzieścia minut o swoich doświadczeniach, po czym pytam: - czy są jakieś pytania?, zapada głucha cisza. Oni się boją pytać! Żeby czasem ktoś nie pomyślał, że czegoś nie wiedzą! Amerykańscy uczniowie, podobnie jak uczniowie szkół międzynarodowych, tego lęku nie mają, oni zasypują prelegenta pytaniami.

Pana dawni opolscy studenci nazywają pana sztukmistrzem.

 - Nie mam nic przeciw takiemu tytułowi, choć bardziej czuję się magiem, magikiem, artystą w zawodzie nauczycielskim. Profesor Wojciech Gawlik z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, podobnie jak profesor Błasiak z Akademii Pedagogicznej, gdzie też miałem kilka pokazów, nazywają mnie polskim Rogersem, co jest dla mnie największym komplementem. Nieżyjący już profesor Eric Rogers (wieloletni sąsiad Einsteina), autor pięciotomowej Fizyki dla dociekliwych (w dedykacji napisał mi: Dociekliwemu – Dociekliwy) rzeczywiście był moim idolem. Na jego wykłady na Uniwersytecie w Princeton przychodziło po kilkaset osób. To był prawdziwy show – stary profesor wskakiwał na stół demonstracyjny, by doświadczenia, które sam pokazywał, były lepiej przez wszystkich widziane. Wtedy zrobił na mnie ogromne wrażenie. Pod koniec lat siedemdziesiątych był w Polsce, odwiedził też WSP. Miał wykład w sali 249. Byliśmy razem w Wieliczce, Oświęcimiu, Wrocławiu i Karpaczu... Starałem się, podobnie jak on, prowadzić zajęcia tak, żeby uczeń czy student je zrozumiał i coś z nich zapamiętał. Nie wymagałem wyprowadzania wzorów, starałem się uczyć myślenia. A używałem do tego celu przykładów, które musiały zapaść w pamięć. Czy komar może rozhuśtać słonia na huśtawce? – pytałem na początku lekcji. I już widziałem, jak się oczy ze zdziwienia rozszerzają, i o to zdziwienie właśnie chodzi! Komar to zrobi, jeśli będzie wiedział, z jaką częstotliwością ma słonia huśtać. Dyskusja się rozwijała. Wprowadzone zostało pojęcie rezonansu. Albo rzucałem w górę pęk kluczy i prosiłem, żeby widownia zauważyła podobieństwo w zachowaniu się tych kluczy z zachowaniem się astronautów, którzy pływają w kosmosie. Klucze i astronauci są dokładnie w takiej samej sytuacji: w stanie nieważkości, spadają z takim samym przyspieszeniem. Z tą różnicą, że astronauci dłużej. I tak zaczynałem lekcję o stanie nieważkości, o przyspieszeniu grawitacyjnym.  Nie ma sensu wymagać od ucznia klepania na pamięć formułek, których nie rozumie - trzeba sprawić, żeby zrozumiał istotę zjawiska i potrafił je rozpoznać w otaczającym nas świecie. Żeby wiedział, że kiedy kręci gałką radioodbiornika, to w istocie zmienia częstotliwość drgań wahadełka, które - jak huśtawka - potrafi drgać z określoną przez konstruktora częstotliwością. Prezentuję dwa kominy nad zamkniętym pomieszczeniem. Pod każdym z nich stoi zapalona świeczka. Jedna z nich normalnie się pali, komin nad nią jest gorący, druga – ledwie utrzymuje się przy życiu, płomień pod kominem, który jest zimny, trzepoce jak flaga na wietrze... To doświadczenie obrazuje zasadę konwekcji, ale dotykać może też głębszej, niemal filozoficznej prawdy. Spotkałem kilka lat temu jednego z moich uczniów, z wiedeńskiej szkoły, który został - jako pułkownik brytyjskiej armii - wysłany do Chorwacji, na wojnę. On mi mówił, że przypomniał sobie to doświadczenie z kominami, gdy miał podejmować decyzje, od których ludzkie życie zależało. Musiał się jeden poświęcić, by inny mógł żyć normalnie... Tak nawiasem mówiąc to, o czym od dobrej chwili mówię, można przeczytać w wydanej przez PWN Mojej fizyce - w bardzo osobistym podręczniku dla szkół ponadgimnazjalnych. Jest tam też zdjęcie profesora Rogersa w sali 249 naszej WSP. Ale wracając do tego sztukmistrza – sztukmistrzem byłem nie tylko ja. Ja może byłem dobry w mówieniu. Ale to, co robił na WSP Bronek Tokar, to była prawdziwa poezja! On wymyślał i pokazywał swoje doświadczenia w autentycznej ekstazie. (Jedno z setek jego oryginalnych doświadczeń opisałem jako Tokar`s question w The Physics Teacher, wydawanym w Stanach miesięczniku dla nauczycieli fizyki, który jest czytany na całym świecie, a w którym mam swój stały kącik. Wzbudziło ono ogromne zainteresowanie, co wiem z dziesiątków listów, jakie potem otrzymałem). Bo ta szkoła – myślę o WSP – była bogata w osobowości. Przecież Jurek Mirecki (z mojego roku) i Eugeniusz Gabryelski to autorzy podręczników do fizyki, do dziś są w Opolu - niestety Gienek już na Półwsi. Kazik Litwin (z mojego roku) dyrektorował przez wiele lat Zespołowi Szkół Elektrycznych na Kościuszki. Był czas, kiedy szaleliśmy z Bronkiem i Piotrkiem Łabuzem, organizując pokazy z fizyki w dużej sali wykładowej. Otwarte pokazy dla miasta. Każdy spektakl musieliśmy powtarzać po kilka razy. Tłumy parły na wrota sali 249, jak przed otwarciem supersamu w dni promocji. Przychodzili dziadkowie z wnukami. Oj, łza się w oku kręci. 

- Autorem podręczników do fizyki jest także pan. I również pańskie doświadczenia opisano w międzynarodowej literaturze naukowej...

 - Bardzo górnolotnie pani to nazwała. Mam ponad 80 tzw. publikacji dotyczących dydaktyki fizyki – chyba najciekawszą w chicagowskim kwartalniku pn. Educational Forum, 8 książek, jedną płytę długogrającą z lekcją śpiewania kolędy W żłobie leży, i... hasło wmurowane w ścianę szkoły ONZ w Wiedniu, a jeśli idzie o doświadczenia (nie życiowe, a fizyczne) to faktycznie w świecie nauczycieli fizyki znane jest np. Dindorf`s question. W wymienionym poprzednio czasopiśmie The Physics Teacher prostemu doświadczeniu poświęcono pięć stron. Któryś z profesorów fizyki z uniwersytetu w Santa Barbara w Kalifornii rozpracował szczegółowo to doświadczenie z dwoma kulkami na dłoni. Były tam wzory, wykresy, była cała skomplikowana teoria .... i konkluzja, z którą się w zupełności nie zgadzam. I to było rzeczywiście naukowe. Ja w tym swoim kąciku w TPT proponuję nauczycielom z całego świata różne doświadczenia, którymi mogą uatrakcyjnić swoje lekcje fizyki. Dostałem kiedyś list, z Centrum Badań Oświatowych w Perth (zachodnia Australia), z informacją, że te moje doświadczenia są upowszechniane w całym kraju i że mam w ten sposób swój udział w podnoszeniu atrakcyjności nauczania fizyki na tamtym kontynencie. I dobrze. Piszą do mnie studenci i nauczyciele z całego świata .... a ja niektórym odpisuję. A co do podręczników – to wspólnie z synem, Tomaszem, napisaliśmy zbiór doświadczeń z fizyki pt. The Sun on the Floor, który najlepiej rozszedł się w Austrii, bo faktycznie był do naszych uczniów w Wiedniu adresowany. Chcieliśmy im zostawić pamiątkę, odchodząc - ja na emeryturę, syn do Anglii, gdzie uczy obecnie dzieci, których inni już uczyć nie potrafią (są tam takie szkoły!). A moja córka Ewa uczy języka angielskiego m.in. także tzw. trudne dzieci emigrantów w Brampton w Kanadzie. The Sun on the Floor, jak wiem, trafiło do 47 krajów. Z moją żoną Elżbietą wydaliśmy kilka lat temu Przyjazne testy z fizyki (WSzPWN), które też mogą służyć jako samouczek podstaw fizyki. W wielu szkołach licealiści uczą się już fizyki z Mojej fizyki, której drugi tom właśnie skończyłem i teraz pracujemy z żoną nad Przewodnikiem dla nauczyciela do tego tomu. Całość powstała na podstawie programu, autorstwa Danuty Tokar i mojego. Zanosi się na to, że we Lwowie (!!!) ukaże się   Moja fizyka po ukraińsku. Są już chęci, jeszcze nie ma pieniędzy.

- Czym różnią się pana podręczniki od innych, dostępnych na księgarskim rynku?

- Uczeń, który będzie czytał mój podręcznik powinien rozumieć, co czyta. Ja nie karmię dzieci czterowektorem czasoprzestrzeni w pierwszej klasie licealnej! A takie podręczniki są na rynku księgarskim (albo w księgarni na Rynku). Przecież to jest temat dla studentów III roku fizyki teoretycznej! To jest kompletny bezsens! Autor takiego podręcznika nie ma pojęcia, dla kogo to pisał! Podaję to jako przykład tego, co mnie w polskiej szkole najbardziej denerwuje: gra pozorów, zabawa w “przerabianie materiału”, całe to “mrużenie”- jak to robią dzieci, zakrywając oczy, przy zabawie w chowanego... “Mruży” szkoła, ucząc tego, co się dziecku na nic nie przyda; “mruży" nauczyciel, oceniając tzw. zdobytą przez ucznia wiedzę; uczeń “mruży”, udając że się uczy (o ściąganiu na egzaminach nie chcę pisać więcej, bo mnie w środku boli, tego się prawie nie spotyka w zachodnich szkołach, a my potrafimy publicznie się szczycić tym, że na maturze udało się ściągnąć - szczyt bezwstydności); za wyprowadzenie wzoru z fizyki można stać się “dojrzałym”, mimo że nie potrafi się wykazać zrozumieniem podstawowych zasad współżycia z innymi ludźmi. Dostaje się dobrą ocenę z języka polskiego, mimo że na co dzień jawnie upraszcza się mowę do kilku wulgarnych słów. I to “mrużenie” idzie z “dojrzałym” później przez całe życie.

- Na opolskiej WSP – jak pan powiedział – też niewiele pana nauczono, a jednak wspomina pan tę uczelnię z dużą sympatią...

- Oj nie! Zawsze uważałem, że WSP była wspaniałą szkołą przygotowującą do zawodu nauczycielskiego i nie tylko. Od nauczycieli w przedszkolach do pracowników Ministerstwa Edukacji, od prasy, radia i telewizji do parlamentu - wszędzie pełno wysoko wykwalifikowanych ludzi właśnie po opolskiej WSP. A ilu w policji!!! Na wszystkich chyba wyższych uczelniach w Polsce i na wielu zagranicą, opolska WSP cieszyła się wysokim uznaniem. A to, że człowiek uczy cię dopiero po opuszczeniu murów uczelni, to jest prawda dotycząca studiów w ogóle. WSP dla mnie to byli przede wszystkim dobrzy ludzie. Proszę pomyśleć: dziekan Oniszczyk, który osobiście przyszedł do mnie, studenta II roku, do akademika na Luboszyckiej, bo dowiedział się, że choruję. On wydał lepszą niż felczer diagnozę, On mnie doprowadził do szpitala, a potem załatwił wczasy w Kudowie – pamiętne dla mnie, bo tam odniosłem największy sukces teatralny w moim życiu: recytowałem “Koncert Jankiela” w tamtejszym teatrze... Aktorstwo było moją pasją od zawsze – może jakąś rolę odgrywa tu genetyka (to żart), bo moim kuzynem jest Wieńczysław Gliński... Wiele nauczyłem się od Janka Machulskiego, z którym występowaliśmy jako studenci na scenach w Żywcu, Zwardoniu, Wapiennicy i w wielu domach wczasowych w okolicy. Potem on już jako aktor przyjechał do Opola i ... mało co, a zostałbym chrzestnym ojcem Juliusza (“Seksmisja” itp.), którego Machulscy urodzili, mieszkając w domu asystenta na ul. Sienkiewicza i którego miałem zaszczyt kilka razy kołysać w wózeczku przed bramą. Ale wracając do opolskiej WSP, do ludzi, którzy ją tworzyli, do atmosfery, jaka wtedy panowała... W sierpniu 1998 roku opracowałem Antologię poezji Zakładu Dydaktyki Fizyki 1974-1995. 60 stron wierszy. Nakład: osiem egzemplarzy - dla każdego z członków naszej grupy. A tworzyli tę grupę: Jan Heffner (zgraja to zgrana kocha swego szefa Jana), Elżbieta Krawczyk, Krystyna Loba, Janina Miliszkiewicz, Piotr Łabuz, nieżyjąca już Bożena Pędzisz, Danuta i Bronisław Tokarowie, potem - Andrzej i Krystyna Wolfowie i ja. Ta książeczka, pełna fraszek, ballad i wierszyków, które do siebie i o sobie pisaliśmy, oddaje atmosferę, jaka panowała w naszym zakładzie, tłumaczy mój wielki sentyment do tego zakładu i uczelni. Należałem do tej grupy nawet po formalnym przeniesieniu się na WSI, a potem do Wiednia. We wstępie napisałem: Ta książeczka to wierszowana historia dość licznej grupy, która kiedyś w najodleglejszym skrzydle stanowiła prawdziwą rodzinę, zgraną zgraję, zwaną Zakładem Dydaktyki Fizyki. To było dla nas coś więcej niż tylko miejsce pracy. I tak było – te “poematy” traktują na przykład o wydawanych przez Dankę Tokar kolacjach (jej popisowym daniem były klopsy z dorsza), o narodzinach naszych dzieci. Nie ma tam wiersza, który napisałem Bożenie Pędzisz w dniu jej śmierci. Opublikowano go w Zeszycie Naukowym Fizyki, poświęconym tej naprawdę wielkiej postaci.

- A teraz – jako emerytowany nauczyciel - czym się pan zajmuje?

- Co roku Uniwersytet w Wiedniu, a konkretniej - Zakład Fizyki Doświadczalnej - proponuje mi zajęcia ze studentami ostatnich lat, którzy wybrali zawód nauczycielski. Wie pani, jakie wzruszenie mnie ogarnia, gdy zdaję sobie sprawę, że przy tym samym stole, w tej samej sali wykładał Boltzmann, Doppler, Schroedinger ... a nawet, gościnnie, Einstein? W lutym będę miał już tradycyjny wykład dla austriackich nauczycieli, na temat: Jak uatrakcyjnić lekcje fizyki... Nie licząc bieżącej pracy na zlecenie PWN-u, odbywam spotkania promocyjne z uczniami w polskich szkołach, szkolę tzw. edukatorów, którzy propagować mają Moją fizykę, piszę artykuły dla Fizyki w Szkole i dla The Physics Teacher, spisuję z pamięci stare piosenki (mam ich już ponad 1200 - szukam wydawcy), sprawdzam prace maturalne międzynarodowej matury (z fizyki, w trzech językach - angielskim, hiszpańskim i francuskim), odpowiadam - albo nie - na listy, które uważnie czytam. Od jakiegoś czasu pracuję regularnie z międzyszkolną grupą zdolnych gimnazjalistów i licealistów przygotowując ich do XVI Międzynarodowego Turnieju Młodych Fizyków (jestem tzw. niezależnym jurorem). Zajęcia odbywamy na ZWM-ie, w spółdzielczym Domu Kultury, dzięki życzliwości kierowniczki pani Elżbiety Sobolewskiej (też absolwentki UO!). Odwiedzanie dzieci i wnuków też trochę czas wypełnia. Nie nudzę się – to pewne. A wszystko, co robię, (oprócz pisania dla PWN), robię z pełną odpowiedzialnością, ale gratis. Pozwalam zapraszającemu zwrócić koszty podróży, pozwalam zapewnić zakwaterowanie. Rezygnacja z pieniędzy to część wolności, jaką się uzyskuje na emeryturze. Mogę odmówić, mogę nie przyjść na zajęcia, mogę.... a nie muszę. To jest dopiero życie wolnego człowieka!

- Czy nigdy nie czuł pan potrzeby napisania pracy doktorskiej?

- Zażartuję: czekam na doktorat honoris causa. A serio? Przecież po to jechać miałem do Poligraficznego Instytutu w Moskwie. Nie chciałem, ale prawie musiałem! Ale jestem w czepku (i to w niedzielę) urodzony. Nie pojechałem. I w ten sposób oszczędziłem kilka lat życia. I potem już nigdy więcej nie chciałem. I nikt – ani w USA, ani w Austrii - nigdy  nie robił z tego mojego magistra problemu. Tam oceniano moje umiejętności. Istotę, a nie fasadę – jak wyraził się ktoś w ostatnim numerze Indeksu. Tutaj mój tytuł zwykłego magistra budzi czasem konsternację. Dziennikarka radiowa przed wywiadem zapytała mnie ostatnio: To, przepraszam, jak ja się mam do pana zwracać? Najlepiej – panie Wojciechu – powiedziałem. Znowu objaw “mrużenia"? We Wiedniu mi mówią: Herr Professor. Nie lubię tego – zbyt warcząco.

- Dziękuję za rozmowę.

- Jeśli można, chciałbym zwrócić się z następującą prośbą do Czytelników Indeksu. Na Zjazd Absolwentów - z okazji X-lecia WSP w Opolu - przygotowałem “Kronikę Filmową”. Około 30-minutowy film dokumentalny na taśmie 16 mm. Ten film był pokazywany w sali 249 kilkakrotnie, w ramach uroczystości. Potem przepadł. Może ktoś z Czytelników Indeksu może pomóc w odnalezieniu tego dokumentu? Przydałby się za rok, na półwiecze uczelni.

Wojciech Dindorf
up.pngDo góry

(c) 2003 Adrian Kajda